Wiadomości sportowe

8.11.2017 20:48

Niesamowita historia w Radomiu, Rosa ograła Banvit!

Pierwsza wygrana Rosy Radom w Basketball Champions League stała się faktem! Podopieczni Wojciecha Kamińskiego zdobyli zaledwie 49 punktów, ale ostatecznie wystarczyło to na sensacyjny triumf z Banvitem BC!Poziom spotkania był - delikatnie mówiąc - słaby, ale nie to jest najważniejsze. Rosa Radom pokonała Banvit BC 49:48 odnosząc pierwszy triumf w Basketball Champions League.

Jak podopieczni Wojciecha Kamińskiego to zrobili, że zdołali wygrać ten mecz, chyba sami nie wiedzą.

Po pierwszej połowie przegrywali 19:33 i grali fatalnie. Wykorzystali marne 6 z 31 rzutów z gry, w tym nie trafiając żadnej z dziewięciu prób zza łuku.

Mało kto wierzył, że Rosa może się podnieść - a jednak tak się stało. Jeszcze w 25 minucie radomianie przegrywali 22:37. Wtedy Michał Sokołowski w końcu przełamał niemoc w rzutach zza linii 6,75, a gospodarze zaczęli gonić.

Gracze Banvitu zupełnie stanęli w ataku, a radomianie dzięki otwarciu decydującej ćwiartki 6:0 i celnym rzucie Marcin Piechowicz doprowadzili do remisu. Podopieczni Saso Filipovskiego tym razem zdołali jeszcze odbić piłeczkę - dwa rzuty wolne trafił Tony Taylor i było 48:42 dla ekipy z Turcji.

Do końca punktowali już jednak tylko radomianie, a kluczowe akcje wykończył Patrik Auda. Czech najpierw trafił zza łuku, potem poprawił akcją 2+. Banvit miał wszystko w swoich rękach, aby wygrać, jednak rzut Taylora nie doszedł celu. W Radomiu zapanowała euforia.

Nad poziomem meczu nie ma się co rozwodzić - tutaj liczyła się wygrana. Radomianie wyszarpali ją w defensywie - po przerwie stracili zaledwie 15 punktów!

Rosa Radom - Banvit BC 49:48 (11:15, 8:18, 15:7, 15:8)

Rosa: Kevin Punter 11, Patrik Auda 10, Ryan Harrow 9, Michał Sokołowski 9, Igor Zajcew 6, Marcin Piechowicz 4, Maciej Bojanowski 0, Robert Witka 0, Szymon Szymański 0.

Banvit: Adonis Thomas 9, Gasper Vidmar 8, Damian Kulig 7, Tony Taylor 6, Angelo Caloiaro 6, Tolga Gecim 6, Can Altintig 2, Metehan Akyel 2, Andy Rautins 2.
źródło:sportowefakty.wp.pl
8.11.2017 20:44

I liga: WKS Śląsk wygrał w Poznaniu, dogrywka w Siedlcach, wielki mecz Małgorzaciaka

Podopieczni Radosława Hyżego, koszykarze WKS Śląska, pokonali w Poznaniu miejscowy Biofarm Basket 82:77. Była to ich druga wygrana po zmianie trenera. Pierwszy mecz na ławce Noteci wygrał Marcin Grocki, a Sokół do wygranej z SKK potrzebował dogrywki.Jednym z najbardziej interesujących spotkań 9. kolejki zaplecza PLK, było starcie w Poznaniu, gdzie Biofarm Basket podejmował WKS Śląsk. Wrocławianie solidnie wystartowali, po pierwszej połowie prowadzili 41:31. Po przerwie podopieczni Przemysława Szurka zaczęli jednak rywali gonić i w końcu dogonili, w czym wielka zasługa kapitana Piotra Wielocha.

W końcówce trzeciej kwarty popisał się on dwukrotnie akcją 2+1, dzięki czemu po 30 minutach na tablicy był remis - po 54. Ostatnia część to jednak popis gry gości. Zespół Radosława Hyżego kontrolował to, co działo się na parkiecie, a po trójce Macieja Krakowczyka prowadził już 76:63 na trzy minuty przed końcem. I to właśnie ten zawodnik był bohaterem Śląska, w całym spotkaniu notując 19 punktów, 16 zbiórek i 6 asyst.

W Inowrocławiu swój pierwszy mecz jako trener Noteci wygrał Marcin Grocki. I powinien podziękować za to Łukaszowi Paulowi. To właśnie 28-letni środkowy, notując aż 27 punktów i 14 zbiórek, poprowadził gospodarzy do wygranej nad KK Warszawa w nerwowym meczu. Nadal bez wygranej w rozgrywkach pozostaje SKK Siedlce. Tym razem lepszy okazał się Sokół Łańcut, choć naprawdę graczom Michała Spychały brakuje coraz mniej, aby w końcu wygrać, bo już drugi raz w sezonie, przegrali oni po dodatkowym czasie gry. W dogrywce nie byli w stanie zatrzymać rozpędzonego Kamila Zywerta (10 z 17 pkt.).

Kolejną klęskę ponieśli zawodnicy Pogoni Prudnik. Podopieczni Tomasza Michalaka już do przerwy przegrywali z gośćmi z Kutna 16:46.... Po zmianie stron zagrali na remis, ale co z tego, skoro mecz rozstrzygnął się tak naprawdę w pierwszych dwóch kwartach? A 27:7 to statystyka asyst na korzyść Polfarmexu...

Wyniki 9. kolejki I ligi:

Biofarm Basket Poznań - WKS Śląsk Wrocław 77:82 (17:21, 14:20, 22:13, 23:28)

Biofarm Basket: Fiszer 25, Struski 17, Wieloch 14, Smorawiński 6, Kurpisz 5, Metelski 5, Gruszczyński 3, Czyż 2, Samsonowicz 0, Tomaszewski 0.

WKS Śląsk: Dziewa 22, Krakowczyk 19 (5x3, 16 zb.), Pławucki 13, Michałek 8, Stawiak 6, Mroczek-Truskowski 5, Bluma 3, Grzeliński 3, Musiał 3.

SKK Siedlce - Sokół Łańcut 78:91 (24:21, 5:16, 26:20, 20:18, d. 3:16)

SKK: Król 21 (11 zb.), Sobiło 21 (4x3), Rajewicz 12 (12 zb.), Lewandowski 9, Czosnowski 8, Wróbel 4, Weres 3, Nędzi 0, Obarek 0.

Sokół: Marek Zywert 25 (5x3), Kulikowski 18, Kamil Zywert 17, Karolak 11, Klima 11, Parszewski 3, Warszawski 3, Włodarczyk 3, Inglot 0.

KSK Noteć Inowrocław - KK Warszawa 65:63 (17:11, 20:20, 9:18, 19:14)

KSK Noteć: Paul 27 (14 zb.), Michalski 13, Małecki 12, Krawczyk 11, Maciejewski 1, Szczepanik 1, Rosiński 0, Rzosiński 0, Sroczyński 0.

KK: Motel 16, Hybiak 14, Koźluk 13, Sarnacki 8, Pietkiewicz 6, Çalişkan 4, Wojtyński 2, Jaremkiewicz 0, Rudko 0, Zapert 0.

Pogoń Prudnik - Polfarmex Kutno 55:85 (6:23, 10:23, 20:19, 19:20)

Pogoń: Prostak 15 (9 str.), Strzelecki 12, Zieliński 9 (10 zb.), Bogdanowicz 5, Krawiec 4, Wielechowski 4, Filipiak 3, Krajniewski 3, Czyżewski 0, Kukułka 0.

Polfarmex: Marek 16, Zębski 15, Janiak 14, Wojdyła 11, Sobczak 10 (9 as.), Adamczewski 6, Kobus 5, Tradecki 5, Antczak 3, Pawlak 0, Szwed 0.

źródło:sportowefakty.wp.pl

29.10.2017 16:46

Euzebiusz Smolarek: Smuda myślał, że przed meczami ukrywałem alkohol

- Teraz reprezentacja przeżywa szczyt popularności, ale nasze czasy też były fajne, był klimat. Nie zapomnę meczów na Stadionie Śląskim w Chorzowie, tej atmosfery. Ciekawie tez było w Warszawie na Legii. Stare szatnie, dziennikarze ściśnięci na korytarzu, czasami nie było ciepłej wody albo światła zgasły, jak w meczu z Kazachstanem. Śmiesznie było. Książkę można o tym napisać - mówi Euzebiusz Smolarek.

Euzebiusz Smolarek ma 36 lat. Był piłkarzem m.in. Feyenoordu Rotterdam,Borussii Dortmund, Racingu Santander, Boltonu Wanderers, Polonii Warszawa i Jagiellonii Białystok. W reprezentacji Polski rozegrał 47 meczów, w których strzelił 19 goli. Wystąpił na mundialu w Niemczech i mistrzostwach Europy w Austrii i Szwajcarii.

Damian Bąbol: Nic się nie zmieniłeś.

Euzebiusz Smolarek: Cztery lata temu przestałem grać, ale wciąż jestem aktywny. Dbam o zdrowie. Czasami zakładam dres i wychodzę pobiegać, choć jako piłkarz nie cierpiałem tego. Wiadomo, z piłką to co innego. Staram się prawidłowo odżywiać, ale nie mam bzika na tym punkcie. Problem pojawia się, jak przyjeżdżam do Polski. Zawsze wtedy waga idzie w górę. Nic nie poradzę, że uwielbiam naszą kuchnię. No i te ciasteczka u mamy...

Często przyjeżdżasz do Polski?

- Staram się być raz na dwa miesiące. Mam tu kilka spraw do załatwienia. Lubię też podjechać do ośrodka piłkarskiego w Uniejowie i zobaczyć jak trenują młodsi. Zawsze z mamą idziemy też na cmentarz w Aleksandrowie Łódzkim i zapalamy świeczkę u taty.

Czujesz się w Polsce jak u siebie w domu? 

- Urodziłem się w Łodzi, ale wychowałem w Holandii. Moja żona jest Holenderką, dzieci mówią po holendersku. Do Polski chętnie przyjeżdżam, ale nie zawsze czuję się komfortowo. Może wynika to z tego, że nie mówię perfekcyjnie w naszym języku? Myślę po holendersku, mówię po polsku. Zdarza się, że niektórych słów zapominam, ale po krótkim pobycie w kraju mówię znacznie lepiej i nie popełniam tylu błędów. A kiedy nawet powiem coś źle, to już nie przejmuje się tym tak bardzo jak kiedyś.

Miałeś kompleksy z tego powodu?

- Na pewno odbierało mi to sporo pewności siebie. Miałem kilkanaście lat, kiedy zdecydowałem się grać w reprezentacji Polski. Wcześniej dostałem propozycję występów dla Holandii. Zagrałem nawet w meczu kontrolnym w pomarańczowej koszulce. To był trochę dziwny okres, bo nie czułem się ani stuprocentowym Polakiem ani Holendrem. Wybrałem Polskę ze względu na tatę. Pierwsze zgrupowania nie były łatwe. Z trenerami jakoś się dogadywałem, wiedziałem czego ode mnie chcą, ale
kiedy siadaliśmy na stołówce z chłopakami, to nie rozumiałem, co mówią. Miałem wrażenie, jakby porozumiewali się w innym języku. Oczywiście później było coraz lepiej

Żałowałeś kiedykolwiek, że wybrałeś grę dla biało-czerwonych?

- Absolutnie. Zresztą nigdy się nie dowiem, co by było, gdybym postawił na Holandię. Decydując się na Polskę wiedziałem, że będzie mi trudniej walczyć o medale mistrzostw świata i na pewno nie sądziłem, że osiągnę tak dużo. W naszej reprezentacji przeżyłem wiele pięknych chwil, których na pewno nie zapomnę.

Szybko stałeś się gwiazdą.

- Ja tak do tego nie podchodziłem. Nigdy nie byłem przywódcą w szatni. Na odprawach czy w przerwach nie krzyczałem: "Dawajcie, jedziemy teraz!". Inni byli od tego, starsi, bardziej doświadczeni jak Mariusz Lewandowski, Jacek Krzynówek, Michał Żewłakow czy "Bączek" [Jacek Bąk]. Ja mniej mówiłem, a starałem się więcej pokazywać na boisku. W reprezentacji od początku miałem tzw. ochronę. Kiedy ktoś np. naśmiewał z moich przejęzyczeń, zaraz był ustawiany do pionu przez Jurka Dudka czy Tomka Rząsę. Kiedy oni zaczynali grać w Holandii, to mój tata często im pomagał. To były drobne rzeczy, ale dla nich wiele znaczyły, pamiętali i mi też pomagali. Świetnie też dogadywałem się z Jackiem Krzynówkiem i Mariuszem Lewandowskim.

Minęło 10 lat od meczu, po którym przeżywałeś szczyt popularności. Wygraliśmy z Belgią 2:0, strzeliłeś dwa gole i po raz pierwszy w historii wprowadziłeś Polskę na mistrzostwa Europy.

-  To był mój najlepszy okres w reprezentacji. Zupełnie inna rzeczywistość od tej w klubie. Grałem w Racingu Santander i średnio mi to wychodziło. W kadrze miałem większy szacunek, chłopaki mi ufali, dostawałem od nich dobre piłki. Poza tym, po meczu z Belgią nawet nie miałem czasu zrozumieć, jak wielki sukces osiągnęliśmy. Nie było czasu na świętowanie. Zjedliśmy kolację, wypiliśmy piwko i na drugi dzień rano miałem samolot do Hiszpanii. Później dotarło do mnie, że dokonałem czegoś wielkiego.

Rok wcześniej było zwycięstwo z Portugalią i pana dwa gole.

- Szalony mecz. Wtedy chyba na nowo narodziła się nasza drużyna. Byliśmy krótko po nieudanych mistrzostwach świata. Drużynę przejął Leo Beenhakker, z którym znałem się z Feyenoordu Rotterdam. Miał na nas bardzo dobry wpływ. Gdy wchodził do szatni, to każdy wiedział, że to jest prawdziwy gość. Szybko uwierzyliśmy w siebie i nabraliśmy pewności. Trafił do naszych głów, był dobrym motywatorem, chociaż niektóre jego triki przed ważnymi meczami na mnie nie działały. Znałem je doskonale z Feyenoordu.

Jakie triki?

- Pamiętam odprawę przed meczem z Portugalią. Leo wchodzi do szatni. Całkowita cisza, każdy skupiony i czeka na pierwsze słowa trenera. Beenhakker w swoim stylu zasłania dłonią twarz, wbija wzrok w podłogę i tylko słychać jego mruczenie, zakończone głębokim westchnięciem. Ja się po cichu z tego śmiałem, bo to jego stary numer, ale widziałem, że u pozostałych wzbudził zainteresowanie. Byli w niego wpatrzeni. Po chwili zaczął przemawiać. Na początku zapytał: "Kto to jest Ronaldo? Jakiś cyborg z innej planety? Nie. Normalny chłopak. Ok, jest niezły, ale wy też jesteście świetni. Jak będziemy trzymać się razem i walczyć do końca, to dziś nic nam nie zrobi. I nie tylko z nim, ale z całą Portugalią sobie poradzimy." Muszę powiedzieć, że mimo iż znałem jego motywacyjne metody, to mnie też tym porwał. Zagraliśmy fantastycznie. Każdy dał z siebie maksa. Byliśmy dobrze ustawieni, taktycznie wszystko funkcjonowało perfekcyjnie.

Pamiętasz, co czułeś po strzelonym drugim golu?

- Dostałem podanie blisko bramki, nie byłem pilnowany. Spojrzałem na liniowego, byłem przekonany, że jest spalony. Jak zobaczyłem, że nie trzyma chorągiewki w górze, to zamknąłem oczy i uderzyłem ile sił w nodze. Stadion oszalał. Później grałem jak natchniony. Czułem, że wszystko mi wychodzi. Byłem wściekły, kiedy w drugiej połowie nie strzeliłem trzeciej bramki. Dziwne, prawda? Wygraliśmy z wielką Portugalią, a ja żałowałem, że nie strzeliłem hat-tricka.

Już wtedy w Polsce zapanowała "smolarkomania".

- Czy ja wiem? Sam nigdy nie czułem się gwiazdą, chociaż zdarzały się różne sytuacje. W Polsce śledzili mnie paparazzi. Nawet jak grałem w Polonii Warszawa, to niektórzy z nich czaili się w krzakach i fotografowali podczas spaceru z rodziną. Nigdy tego nie rozumiałem. Po co te cyrki? Przecież mógł normalnie podejść i zapytać, czy może zrobić zdjęcie. Pewnie bym nie odmówił, ale oni zawsze woleli z ukrycia. Myśleli, że ich nie widać i czasami nawet było śmiesznie. Raz z jednym paparazzi postanowiłem się zabawić. Po treningu śledził mnie od stadionu w drodze do domu. Na zakupach w markecie robił mi zdjęcia, udawałem, że go nie widzę. Przy wjeżdżaniu do garażu nagle skręciłem i pojechałem dalej. Byłem sam, żona w Holandii, nie miałem nic do roboty, to zaprosiłem natręta na wycieczkę po Warszawie. Przez godzinę jeździłem, gdzie miałem ochotę, słuchałem sobie muzyki, a on ciągle za mną. W końcu wróciłem do domu, zaparkowałem w garażu, wszedłem do mieszkania. Otworzyłem balkon, a on dalej się czaił. W końcu krzyknąłem: "Chłopie, jestem już w domu. Koniec pracy na dzisiaj!"

Nie tylko za paparazzi, ale za dziennikarzami też raczej nie przepadałeś.

- Niektórzy pisali, że jestem arogancki i nie lubię mediów. To nie było tak. Kiedy przyjeżdżałem na zgrupowania, to miałem tylko jeden cel. Wygrywać mecze, a nie ciągle udzielać wywiadów. Nie miałem na to czasu. Niektórzy dziennikarze tego nie rozumieli, ciągle czegoś ode mnie chcieli. Kiedy odmawiałem, już nie byłem ich ulubieńcem. Zresztą ja starałem się ich traktować równo, zawsze zatrzymywałem się w mixed-zonach i rozmawiałem. Nikogo nie wyróżniałem, a niektórzy dziennikarze uważali, że należy im poświęcać więcej czasu. No to się nie rozumieliśmy.

Mistrzostwa Europy w Austrii zakończyły się naszą porażką. Wiesz już dlaczego?

- Do tej pory  nie potrafię wytłumaczyć. Wydaję mi się, że byłem dobrze przygotowany, nie wiem jak inni. Może za długo przebywaliśmy ze sobą przed turniejem? Jakaś nuda, stres, zmęczenie nas dopadło? Nie byliśmy monolitem na boisku i poza nim. Coś się zmieniło przez te kilka miesięcy po wygranych eliminacjach. Trener Beenhakker też pewnie ponosi winę. Nie stawiał na tych, co występowali wcześniej. Zaczęło się poszukiwanie różnych piłkarzy z innych krajów...

Mówisz o Rogerze?

- To był dziwny eksperyment. Jaki był powód? Może jakiś menedżer miał w tym swój udział? Jakiś układ zadecydował? Możliwe. Nie mam dowodów, ale teraz nikt mi nie zabroni tak myśleć.

 Kolejny wielki turniej i wielka klapa.

- Wcześniej była chyba większa trauma. Po mundialu w Niemczech była prawdziwa rozpacz w narodzie. Zawaliliśmy na całej linii. Szkoda pechowej porażki z Niemcami. Gdyby w ostatniej minucie Odonkor nie urwał się prawym skrzydłem i nie dośrodkował, to może byłoby inaczej. A tak, w jednej chwili marzenia prysły. Szkoda, bo ceniłem Pawła Janasa, uważałem go za dobrego trenera. Dobrze wspominam z nim współpracę w kadrze.

Pierwsza porażka z Ekwadorem chyba przesądziła o wszystkim.

- Podcięła skrzydła. Chyba zlekceważyliśmy ten zespół. Myśleliśmy: "Ekwador? Bez przesady, damy radę". Pół roku wcześniej wygraliśmy z nim gładko 3:0, a ja strzeliłem gola. Myśleliśmy, że tym razem też pójdzie łatwo. I to nas zgubiło. Byli od nas bardziej wybiegani, szybsi, a my nie czuliśmy meczu. Szczerze? Nic nie pamiętam z tamtego spotkania. Nawet nie wiem, czy zagrałem choć jedną dobrą piłkę. Przeżyłem wtedy ciężki nokaut, również psychiczny.

Po Beenhakkerze nastała era Franciszka Smudy. Od początku chyba nie mogliście znaleźć wspólnego języka.

- Nie rozumiałem tego trenera, on mnie też nie rozumiał. Nie wiem dlaczego na mnie nie stawiał. Chyba mnie nie lubił.

Czułeś się odrzucony przez Smudę?

- Tak. Poza tym jego treningi były dziwne. W przeciwieństwie do Beenhakkera, Smuda nie miał światowego doświadczenia. Wielu chłopaków z zagranicznych lig też miało z tym problem. Prezentował staroświecką szkołę. Przykład? Zarządził grę w „dziadka”, ale nie takiego normalnego na małej przestrzeni. Ustawił trzech w środku, a reszta... była rozproszona po całym boisku. Pierwszy raz coś takiego widziałem. Stałem w narożniku, odgrywałem do najbliższego i tylko przyglądałem się, jak inni zapieprzają. Po czterech minutach byli zajechani. Jaki był w tym cel?

Do tego traktował nas jak dzieci, ciągle podejrzewał, że pijemy w pokojach. Pewnego wieczoru w hotelu odebrałem paczkę butów od Pumy, z którą miałem umowę. Przed każdym meczem dostawałem od sponsora nową parę. Wracałem do pokoju i zatrzymał mnie trener mówiąc: "Co tam masz w środku?". Odpowiedziałem, że buty. "Taaa, buty. Ale cię złapałem, no pokaż." On naprawdę myślał, że dzień przed meczem ukrywam przed nim alkohol. Może nie byłem taką gwiazdą, ale czy wyobrażasz sobie, żeby jakiś selekcjoner zachował się tak wobec Messiego czy Ronaldo?

Liczył pan na grę na Euro 2012?

- Długo to było moim celem. Kiedy mnie powoływał, starałem się odwdzięczyć dobrymi występami i golami. Pojechałem z kadrą na tournee po Ameryce. W meczu z Ekwadorem strzeliłem gola, ale to trenera chyba nie przekonało. To już była moja końcówka w kadrze. Później dałem Smudzie sygnał, że wciąż chcę walczyć o powołanie i po półrocznej grze w Katarze wróciłem do Holandii, do Den Haag. Był 2012 rok, ale Smuda już nie dzwonił.

To był dla pana trudny rok. W marcu zmarł pana tata.

- To taki moment w życiu, w którym uświadomiłem sobie, że wszystko w każdej chwili może nas spotkać. Pamiętam ten dzień. Miałem trening w Den Haag. Nagle podszedł trener i powiedział: "Ebi, chodź ze mną na chwilę." Początkowo myślałem, że chce ze mną pogadać o grze, coś podpowiedzieć. Przekazał mi, co się stało, choć zastrzegł, że nie jest pewny na sto procent. Pozwolił zakończyć trening. Poszedłem do szatni i zobaczyłem nieodebrane połączenia od brata. Nigdy tak wcześnie do mnie nie dzwonił. Przeczuwałem najgorsze. Po chwili o wszystkim wiedziałem. Pojechałem na lotnisko i poleciałem do rodziny i brata. Nie było łatwo. Pogrzeb był wielkim hołdem dla taty. Żegnały go tłumy. Zamknięte ulice w Aleksandrowie, wszystko stało, nawet ptaki nie fruwały. Tata zrobił o wiele więcej dla Polski ode mnie. Ja odegrałem fajny epizod w reprezentacji, dałem trochę radości kibicom, ale on swoją grą wybudował pomnik.

To niesamowite, ile zrobił także dla Widzewa, Aleksandrowa Łódzkiego, w ogóle całej naszej piłki. Czułem wielką dumę. Po jego śmierci tak naprawdę uświadomiłem sobie, jak wielkich rzeczy dokonał, grając w piłkę. Do tej pory ludzie o nim pamiętają. Na stadionie Sokoła Aleksandrów na budynku klubowym jest piękny mural z jego podobizną. Ośrodek piłkarski w Uniejowie został nazwany jego imieniem, niedawno pod stadionem Widzewa otwierałem ulicę Włodzimierza Smolarka. To coś niezwykłego.

Szybko się pan pozbierał?

- Musiałem. Nie było mi łatwo, ale trzeba było to udźwignąć, żyć dalej i być dla rodziny. Nie poddałem się. Po dwóch tygodniach grałem mecz ligowy i strzeliłem gola AZ Alkmaar.

Na koniec kariery wrócił pan do Jagiellonii.

- Chciałem jeszcze spróbować w Polsce. Czasy są takie, że trzeba podejmować szybkie decyzje. Zimę przepracowałem bardzo mocno. Trenerem był Tomasz Hajto. Mówił, że będę grać. Początek rundy wiosennej i usiadłem na ławce, więc po co mi to mówił? Dokończyłem sezon, ale nie miałem ciekawej oferty. Przestało mnie to bawić, zaczynało brakować motywacji. Powiedziałem, że nie będę się stresować i postanowiłem, że kończę.

Może gdyby żył tata, namówiłby cię do kontynuowania kariery.

- Na pewno nie. Od momentu, kiedy wyjechałem do Dortmundu, nie miał wpływu na moją karierę. Sam o wszystkim decydowałem. Co najwyżej rozmawialiśmy o mojej grze i tyle, ale i tak tego nie lubiłem.

Dlaczego?

- Bo jak grałem w juniorach, to zawsze mi mówił , co robiłem źle. Prawie nigdy nie chwalił. Ale później byłem mu za to wdzięczny. Jak strzeliłem trzy bramki w juniorach, to potrafił przyczepić się, że nie zdobyłem czwartej. Mówiłem: "Ale o co chodzi, przecież strzeliłem hat-tricka?". A on: "Oj Ebi, zrozumiesz to jak będziesz starszy." I rzeczywiście zrozumiałem. Nie można się zadowalać tym, co robimy dobrze, tylko cały czas wyznaczać nowe cele i do nich dążyć. Na podsumowywanie i cieszenie się z sukcesów przyjdzie czas na emeryturze. Myślę, że Messi i Ronaldo podobnie podchodzą do życia. Cały czas chcą więcej. Ta pozytywna zachłanność musi być cały czas obecna. Inaczej zaczynamy się cofać.

W domu rozmawialiście o piłce?

- Nie. Wszyscy myślą, że w piłkarskim domu rozmawia się tylko o futbolu, ale u nas tak nie było. W domu tata był tatą, a nie gwiazdą ze stadionu. Potrafił to rozdzielić. Pamiętam, jak grał w Utrechcie. Po przegranym meczu przyszedł do domu, była ładna pogoda i powiedział do nas: "Chodźcie, idziemy pograć w siatkonogę". Nie strzelał fochów, nie trzaskał drzwiami. Owszem, niektóre porażki przeżywał, denerwował się jak miał kontuzje, ale na życiu rodzinnym to się nie odbijało.

Chciałby pan pójść w jego ślady i zostać trenerem grup młodzieżowych?

- Niewykluczone. Muszę tylko zrobić kurs w przyszłym roku w Holandii. Na razie trochę łączę funkcję skauta i menedżera. Pomagam dwóm agentom w Polsce, którzy stawiają na młodzież. Mają fajne pomysły. Razem z nimi obserwuję, oceniam i czasami wspieram młode talenty. Tak jak 14-letniemu chłopakowi z Uniejowa, który ma niezbyt ciekawą sytuację w domu. Kupujemy mu buty, czasem jedzenie, żeby kiedyś miał szansę na lepsze życie. Chciałbym lepszych chłopaków polecić do akademii Feyenoordu, ale na razie za wcześnie, żeby mówić o tym coś więcej.

A nie czuje się pan trochę zapomniany?

- Nie. Mam dobre życie. Nie muszę błyszczeć w telewizji, nie ciągnie mnie do tego. Zrobiłem swoje. Staram się realizować nowe cele. Mecze reprezentacji oglądam w telewizji. Na Narodowy nie jeżdżę. Nie dostaję zaproszeń,  ale spokojnie, nie obrażam się o to.

Radosław Matusiak powiedział mi, że w trochę złych czasach przyszło mu grać w reprezentacji. Teraz na mecze Polski z Kazachstanem przychodzi ponad 50 tys. kibiców, a wy musieliście grać na starym stadionie Legii.

- Ale nasze czasy też były fajne, był klimat. Potrafiliśmy awansować na dwa duże turnieje. Nie mieliśmy takiej popularności, jak obecni reprezentanci, ale też było super. Nie zapomnę meczów na Stadionie Śląskim w Chorzowie, tej atmosfery. Ciekawie też było w Warszawie na Legii. Te stare szatnie, dziennikarze ściśnięci na korytarzu, czasami nie było ciepłej wody albo światła gasły, jak w meczu z Kazachstanem. Śmiesznie było. Książkę można o tym napisać.

Kiedy pan był jeszcze gwiazdą reprezentacji, debiutował w niej Robert Lewandowski.

- Pamiętam jego początki. Był skromny, pracowity, ale jeszcze nie widziałem u niego tego, co teraz pokazuje. Nie sądziłem, że wyrośnie taki gigant. Wiedziałem, że ma talent, ale do osiągnięcia szczytu trzeba mieć też trochę szczęścia. I Robert to świetnie wykorzystał.

Lewandowski poprowadzi naszą reprezentację do wielkiego sukcesu na mundialu?

- Słyszałem, że już w Polsce mówi się o medalu... W sumie dlaczego mamy o tym nie marzyć? Reprezentacja jest mocna, ale czy stać ją na awans do półfinału? Mam propozycję, poczekajmy na losowanie, zobaczymy, do jakiej grupy trafimy, a później martwmy się, żeby z niej wyjść. Już kilka razy zdarzyło nam się zlekceważyć rywali i skończyło się to dla nas bardzo źle.

Robert to najlepszy napastnik na świecie?

- Nie. Bardzo go cenię i podziwiam. Należy do ścisłej czołówki, ale nie powiedziałbym, że jest numerem jeden.

To kto jest lepszy?

- Wielu jest genialnych napastników. Są lepsi lub prezentują podobny poziom, czyli Cavani, Suarez czy najmłodszy z nich - Kane z Tottenhamu. Wskazanie tylko jednego jedynego to naprawdę ciężkie zadanie. Podobnie jak z wyborem najlepszego piłkarza FIFA.

Ronaldo czy Messi?

- A tu nie mam wątpliwości. Dla mnie Messi jest wyjątkowy.

Jest coś, czego żałujesz w swojej karierze?

- Może za szybko odszedłem z Dortmundu? Tak, zbyt pochopnie postawiłem na drużynę, która nie prezentowała zbliżonego poziomu do Borussii. Emocje i marzenia o grze w Primera Division, rywalizowanie z Barceloną i Realem Madryt, wzięły górę. A moje miejsce było w Bundeslidze, a potem w Premier League. Tam też mogłem osiągnąć znacznie więcej. Musiałem odejść z Racingu. Nie było wyjścia. Hiszpanie nie płacili. Na pensje trzeba było czekać nawet cztery miesiące. Byłem wściekły. W Holandii lub Niemczech to nie do pomyślenia. Gdybym wiedział, że będą takie problemy, to na pewno nie podpisywałbym kontraktu z Racingiem. Za darmo przeniosłem się do Boltonu, w którym czułem się dobrze, ale nie miałem szans na grę. Sprowadzono wtedy Szweda Johana Elmandera za ponad 10 mln funtów, najdroższy transfer w historii klubu. Nie strzelał goli, ale musiał zaczynać w pierwszym składzie, a ja wchodziłem z ławki. Podsumowując, było trochę zakrętów, ale przeżyłem tyle pięknych chwil, że nie mogę narzekać. Na pewno nie zamieniłbym tego życia na żadne inne.

źródło:sport.pl

11.11.2017

Piłka ręczna mężczyzn: Liga Mistrzów - mecz fazy grupowej
IFK Kristianstad
Orlen Wisła Płock

Formuła 1: Grand Prix Brazylii - 3. sesja treningowa
1.Bottas FIN
2.Hamilton GBR
3.Raikonen FIN

Piłka nożna 3 liga
Elana Toruń        5
Wierzyca Pelplin 0

Piłka nożna Ekatraliga kobiet
Medyk Konin      5
AZS UJ Kraków 0 

10.11.2017

Piłka nożna - mecz towarzyski
Polska    0
Urugwaj 0

Piłka ręczna kobiet: Liga Mistrzyń - mecz fazy grupowej
Vistal Gdynia                              28
Nykobing Falster Handboldklub 36 
Kreator www - przetestuj za darmo