Piłka nożna

6.12.2017 23:01

Liga Mistrzów: Real górą w hicie, popis... Aubameyanga

W hitowym meczu grupy H Ligi Mistrzów Real Madryt wygrał z Borussią Dortmund 3:2 (2:1). Decydującego gola zdobył Lucas Vasquez, wcześniej dwie piękne bramki strzelił Pierre-Emerick Aubameyang. Los Blancos awansowali do fazy pucharowej z drugiego miejsca, dortmundczycy muszą zadowolić się grą w Lidze Europy.
  • Real prowadził 2:0, ale BVB wróciła do gry za sprawą Aubameyanga
  • Swojego 114. gola w Champions League strzelił Cristiano Ronaldo
  • Zwycięstwo zapewnił ekipie Zidane'a Lucas Vasquez

Królewscy podchodzili do starcia z dużym spokojem. Byli już pewni awansu, ale wiedzieli też, że nie zdołają wyprzedzić Tottenhamu. W zupełnie innej sytuacji znajdowali się podopieczni Petera Bosza, którzy mieli tyle samo punktów co APOEL i do końca musieli walczyć o "przepustkę" do Ligi Europy.

Spotkanie od początku mogło się podobać. Na pierwszego gola kibice zgromadzeni na Santiago Bernabeu nie czekali długo. Już w ósmej minucie Cristiano Ronaldo ruszył lewym skrzydłem i dograł w pole karne do Isco. Pomocnikowi gospodarzy odskoczyła futbolówka, ale skorzystał z tego Borja Mayoral. Zamykający akcję Hiszpan podciął piłkę nad Romanem Buerkim, dając stołecznej drużynie prowadzenie.

Rozpędzeni gracze Zinedine'a Zidane'a nie zwalniali tempa i szybko zdołali wyprowadzić drugi cios. Tym razem z gola mógł się cieszyć "CR7". Portugalczyk cudownie przymierzył zza pola karnego, a po jego strzale Buerki nawet nie ruszył do piłki. Ronaldo zapisał się w historii rozgrywek jako zawodnik, który strzelał przynajmniej jednego gola w każdym spotkaniu fazy grupowej. Gol strzelony BVB był jego 114. trafieniem na boiskach Champions League.

Ci, którzy myśleli, że losy spotkania są już rozstrzygnięte, grubo się mylili. Tuż przed przerwą dortmundczycy zdołali strzelić gola kontaktowego. Świetnie zachował się Marcel Schmelzer, który zanotował przechwyt na połowie Realu i przyspieszył na lewym skrzydle. Następnie popisał się fenomenalnym dośrodkowaniem. Po jego wrzutce Pierre-Emerick Aubameyang trafił do siatki głową z bliskiej odległości.

"Auba" nie zamierzał na tym poprzestawać. O ile w 43. minucie po prostu zrobił swoje, o tyle tuż po zmianie stron zaczarował Bernabeu. Nuri Sahin znalazł Gabończyka prostopadłym podaniem. Aubameyang przegrał pierwszy pojedynek z Keylorem Navasem, ale przy dobitce popisał się dużym kunsztem. Snajper gości efektownie podciął piłkę, doprowadzając do wyniku 2:2.

Obie drużyny do końca walczyły o zwycięskiego gola. Kilka razy bliski szczęścia był Ronaldo, ale Portugalczyk zmarnował swoje szanse. W 80. minucie znów trafił co prawda do siatki, jednak sędzia nie uznał gola, odgwizdując spalonego.

Co nie udało się Cristiano, powiodło się chwilę później Lucasowi Vasquezowi. Hiszpański pomocnik dopadł do piłki na szesnastym metrze i uderzył "fałszem" w sam róg, zmuszając bramkarza do kapitulacji. Ostatecznie Los Blancos ograli Borussię 3:2.

W innym meczu tej grupy Tottenham Hotspur bez problemów uporał się z APOEL-em. Koguty wygrały na Wembley 3:0. Na listę strzelców wpisali się kolejno Fernando Llorente, Son Heung-Min i Georges-Kévin N'Koudou. Przypomnijmy, że zawodnicy Mauricio Pochettino wygrali grupę. W środowy wieczór postawili tylko kropkę nad i.

***

Real Madryt - Borussia Dortmund 3:2 (2:1)

Bramki: Borja Mayoral (8), Cristiano Ronaldo (12), Lucas Vasquez (81) - Pierre-Emerick Aubayemang (43, 49)

Sędzia: Pavel Kralovec (Czechy).

Totttenham Hotspur - APOEL Nikozja 3:0 (2:0)

Bramki: Fernando Llorente (20), Son Heung-Min (37), Georges-Kévin N'Koudou (80)

Sędzia: Slavko Vincic (Słowenia).

Źródło: Onet
3.12.2017 20:16

Piast Gliwice - Lech Poznań 0:0. Tak oceniliśmy grę piłkarzy Kolejorza

Tak oceniliśmy grę piłkarzy Lecha Poznań w meczu z Piastem Gliwice. Skala ocen od 1 do 10. JASMIN BURIĆ 5
Nieco niespodziewanie zastąpił w bramce Putnockiego. Chociaż rywale potrafili utrzymać się przy piłce, to jednak brakowało im klarownych okazji do zdobycia bramek, więc i Burić okazji do interwencji nie miał zbyt wiele.

ROBERT GUMNY 7
Bardzo dobry występ, przede wszystkim w ofensywie. „Guma” cały czas był pod grą, często pokazywał się kolegom, mądrze podawał, a warto też dodac, że większość akcji ofensywnych Lech przeprowadził jednak prawą stroną. W defensywie niczym profesor.

RAFAŁ JANICKI 5
Wrócił po kontuzji i pokazuje, że jest potrzebny Lechowi. Ten piłkarz wprowadza do obrony Kolejorza spokój, opanowanie i gwarantuje odpowiednią jakość. Jest mniej chaotyczny niż np. Lasse Nielsen.
EMIR DILAVER 5
Nie miał zbyt wiele pracy, szczególnie w pierwszej połowie, kiedy rywale nie potrafili przebić się pod bramkę Kolejorza. Ostatnio gra nieźle, znalazł się nawet w „jedenastce” poprzedniej kolejki. Czy na stałe zadomowi się w składzie?
WOŁODYMYR KOSTEWYCZ 5
Harował, na całej długości boiska, robił sporo wiatru, natomiast precyzja przy dośrodkowaniu nie była jego mocną stroną i tym razem lepiej wypadł jego kolega z prawej obrony - Robert Gumny. Ostatnio chyba brakuje mu trochę błysku.

MACIEJ GAJOS 5
Wziął na siebie ciężar rozgrywania akcji, kilka razy dobrze dostrzegł kolegów na skrzydle, w pierwszej połowie jego strzał z dystansu dosłownie o centymetry minął prawy słupek bramki Szmatuły. Na pewno zagrał lepszy mecz niż tydzień temu, lecz po przerwie nieco przygasł.

ŁUKASZ TRAŁKA 4
Jak zwykle walczył ,ale nie był to wielki mecz w wykonaniu środkowego pomocnika Lecha. Wydaje się, że w poprzednich spotkaniach wypadł jednak lepiej.

NIKLAS BARKROTH 4
Zaczął nieźle, kilka razy urwał się obrońcom, lecz później było już tylko gorzej... Ten zawodnik to prawdziwa zagadka. Czy na razie nie pokazuje pełni swoich umiejętności, czy po prostu na więcej go nie stać? Oto jest pytanie.
DARKO JEVTIĆ 6
Od początku meczu wykazywał wielką ochotę do gry. Był bliski zdobycia chyba najpiękniejszej bramki w karierze, lecz jego strzał po efektownym rajdzie, świetnie obronił Szmatuła. Kolejny dobry mecz w wykonaniu Szwajcara, choć po przerwie opadł z sił. Gdyby wszyscy dostowali się do jego poziomu, to już do przerwy Kolejorz by prowadził.

MACIEJ MAKUSZEWSKI 4
Chyba nie miał swojego dnia. Od reprezentanta oczekujemy jednak nieco więcej, niż kilka rajdów. Liczyliśmy, że w drugiej połowie zagra lepiej, lecz nic wielkiego nie pokazał. Na pewno reprezentanta Polski stać na więcej.

CHRISTIAN GYTKJAER 4
Już przymierzał się do strzału z 11 metrów, lecz sędzia anulował rzut karny - to była chyba jedyna sytuacja w pierwszej połowie, z której go zapamiętamy. Niewidoczny, schowany między obrońcami, dla Duńczyka to mecz bez historii.

REZERWOWI:
KAMIL JÓŹWIAK - 4

Na boisku na razie nie potwierdza, że słusznie podnoszono larum o jego nowy kontrakt.

DENISS RAKELS - 3
Nic nie wnosi do gry.

RADOSŁAW MAJEWSKI
Grał zbyt krótko, bez oceny.
źródło:gloswielkopolski.pl
3.12.2017 20:10
Pewna wygrana w Łodzi

Zgodnie z planem – piłkarki Medyka Konin pokonały dziś (w zaległym meczu 6. kolejki ekstraligi) na wyjeździe UKS SMS Łódź i zagwarantowały sobie pozycję lidera na zimę. Na stadionie przy ul. Milionowej w Łodzi padł dziś rezultat 3:0 (2:0). Bramki dla Medyka zdobyły: Liliana Kostowa, Patrycja Balcerzak i Anna Gawrońska.

 

 

W pierwszych minutach gra była wyrównana. Częściej przy piłce były koninianki, które dość długo nie mogły znaleźć recepty na przeprowadzenie składnej i groźnej akcji ofensywnej. W 24. minucie pierwszy strzał, po którym miała problemy bramkarka gospodarzy, oddała Anna Gawrońska. Pierwszy gol padł dziesięć minut później. Liliana Kostowa podała na prawe skrzydło do Anastazji Szuppo. Po chwili Szuppo odegrała piłkę do wbiegającej w pole karne Kostowej, która nie zmarnowała sytuacji „sam na sam”. Drugą bramkę oglądaliśmy w 38. minucie, po rzucie rożnym egzekwowanym przez Natalię Chudzik. Najwyżej w polu karnym wyskoczyła Patrycja Balcerzak, która strzałem z głowy ustaliła rezultat pierwszej połowy rywalizacji. Tuż przed przerwą łodzianki mogły zdobyć kontaktowe trafienie, po tym jak sędzia wskazała na „wapno” po zagraniu ręką we własnym polu karnym przez Radosławę Sławczewą. Martyna Wiankowska uderzyła z jedenastu metrów w środek bramki, co nie mogło zaskoczyć czujnej Emily Dolan. Warto dodać, że w pierwszej połowie piłka odbiła się od słupka (strzał Anny Gawrońskiej) i poprzeczki (główka Radosławy Sławczewej) łódzkiej bramki.

 

Po zmianie stron, sytuacji podbramkowych nie brakowało, jednak na kolejnego gola przyszło czekać kibicom aż do 90. minuty. Wtedy, po rajdzie prawym skrzydłem, dośrodkowała w pole karne Anna Gawrońska. Zagranie to okazało się klasycznym „centrostrzałem”, po którym piłka, odbiwszy się od dłuższego słupka, ugrzęzła w łódzkiej siatce. Dzięki dzisiejszej wygranej piłkarki Medyka awansowały na pozycję lidera kobiecej ekstraligi i na tej lokacie mistrzynie Polski spędzą przerwę zimową.

 

Medyk Konin: Emily Dolan – Natalia Chudzik, Maria Ficzay, Radosława Slawczewa, Sandra Sałata, Krystyna Sikora, Liliana Kostowa, Patrycja Balcerzak, Nikol Kaletka, Anna Gawrońska (’89 Aleksandra Stasiak), Anastazja Szuppo

źródło:medykkonin.pl

2.12.2017 21:25

Lech II Poznań - Unia Drobex Solec Kujawski 1:1 w zaległym meczu 15. kolejki 3. ligi

Trzeci mecz z rzędu bez porażki Unii Solec Kujawski. W sobotę we Wronkach zremisowała z Lechem II Poznań Lech II Poznań - Unia Drobex Solec Kujawski 1:1 (0:0)
GOOOL 50 - Wasilewski 1:0
GOOOL 72 - Żurek głową po dośrodkowaniu z rzutu rożnego 1:1

źródło:kujawskopomorskie.naszemiasto.pl

1.12.2017 21:15

MŚ 2018: dobre losowanie Polaków, znamy skład grup

Kolumbia, Senegal i Japonia będą rywalami reprezentacji Polski podczas fazy grupowej przyszłorocznych mistrzostw świata w Rosji. W swoim meczu otwarcia drużyna Adama Nawałki zagra 19 czerwca w Moskwie z Senegalem.

Biało-Czerwoni wylądowali w grupie H. Byliśmy losowani z pierwszego koszyka, co gwarantowało nam ominięcie największych faworytów mundialu - Brazylii i Niemiec - ale wciąż mogliśmy trafić na inne potęgi, z Hiszpanią i Anglią na czele. Ostatecznie uniknęliśmy tych rywali, a wylosowaliśmy Kolumbię.

Z trzeciego koszyka do grupy H wylosowany został Senegal, a stawkę uzupełniła Japonia.

Najmocniej prezentuje się grupa D, w której znalazły się Argentyna, Islandia, Chorwacja i Nigeria.

Mistrzostwa świata w Rosji rozpoczną się 14 czerwca meczem Rosja - Arabia Saudyjska. Finał zostanie rozegrany 15 lipca. Oba spotkanie odbędą się na moskiewskich Łużnikach.

Skład grup finałów mistrzostw świata 2018:

Grupa A: Rosja, Arabia Saudyjska, Egipt, Urugwaj.

Grupa B: Portugalia, Hiszpania, Iran, Maroko.

Grupa C: Francja, Australia, Peru, Dania.

Grupa D: Argentyna, Islandia, Chorwacja, Nigeria.

Grupa E: Brazylia, Szwajcaria, Kostaryka, Serbia.

Grupa F: Niemcy, Meksyk, Szwecja, Korea Południowa.

Grupa G: Belgia, Panama, Tunezja, Anglia.

Grupa H: Polska, Senegal, Kolumbia, Japonia.

29.11.2017 21:19

Puchar Włoch: US Sassuolo lepsze od AS Bari

US Sassuolo Calcio pokonało u siebie FC Bari 1908 2:1 (1:0) w pierwszym środowym meczu czwartej rundy rozgrywek o Puchar Włoch.

Na Mapei Stadium-Citta del Tricolore w Reggio Emilia prowadzenie miejscowym zapewnił jedenaście minut przed przerwą Diego Falcinelli. Niespełna dwadzieścia minut po zmianie stron wyrównał jednak z rzutu karnego Brazylijczyk Nene.

Aktualnego lidera Serie B pogrążył w trzeciej minucie doliczonego czasu gry kapitalnym uderzeniem z dystansu Matteo Politano. Neroverdi w kolejnej rundzie zmierzą się na wyjeździe z Atalantą Bergamo.

Źródło: ASInfo
26.11.2017 22:06

2 liga. Radomiak - Siarka 1:2.

W meczu 19 kolejki piłkarskiej drugiej ligi, Radomiak Radom przegrał 1:2 z Siarką Tarnobrzeg. Gola dla zielonych strzelił Rossi Leandro, który w niedzielę obchodził swoje 29 urodziny. 

Radomiak - Siarka 1:2 (0:2)
0:1 Dawid Kubowicz 19,
0:2 Kamil Radulj 33,
1:2 Rossi Leandro 89.

Radomiak: Hubert Gostomski - Damian Jakubik, Martin Klabnik, Michał Grudniewski, Karol Hodowany (53 Dawid Jabłoński)- Rossi Leandro, Adam Wolak (74 Maciej Filipowicz), Mattieu Yannick Bemba, Peter Mazan, Dariusz Brągiel (59 Kamil Cupriak) - Jakub Rolinc.
Siarka: Karol Dybowski - Jan Grzesik, Konrad Stępień, Dawid Kubowicz, Dawid Witkowski - Mateusz Janeczko (82 Jakub Głaz), Piotr Witasik, Cezary Kabala, Kamil Radulj - Krzysztof Ropski (74 Michał Dawidowicz), Patryk Mikita (90 Mateusz Broź).

Sędziował: Mirosław Górecki z Katowic.
Widzów: 3198.

Radomiak doznał pierwszej porażki w roli gospodarza w tym sezonie. Radomianie jak najbardziej zasłużenie przegrali z Siarką Tarnobrzeg. Podopieczni trenera Jerzego Cyraka byli zespołem słabszym. Szkoda, bo ponownie na trybunach miejskiego stadionu zasiadło ponad 3000 widzów.
Nadzieje na choćby jeden punkt dał Radomiakowi Rossi Leandro, który w 89 minucie jak tyczki mijał piłkarzy Siarki łącznie z bramkarzem Karolem Dybowskim i strzelił gola.
- Znakomita akcja Leo, ale ten zawodnik umie i potrafi takie sytuacje stwarzać. Jego miejsce jest co najmniej w pierwszej lidze, jak nie ekstraklasie - mówił o tym golu i o tej akcji Włodzimierz Gąsior, trener Siarki.
Radomiaka nie było już stać na lepszy wynik. Szkoda straconych punktów. Kilka niespodzianek było w składzie Radomiaka na mecz z Siarką. Zabrakło w wyjściowym składzie, przede wszystkim kapitana Macieja Świdzikowskiego, który narzeka na kręgosłup. Jego miejsce zajął na środku obrony wraz z Martinem Klabnikiem - Michał Grudniewski. Opaskę kapitana od Macieja Świdzikowskiego przejął Rossi Leandro. Brazylijczyk wczoraj obchodził swoje 29 urodziny. Z kolei po karencji za żółte kartki do wyjściowego składu wrócili trzej piłkarze, Damian Jakubik, Karol Hodowany i Peter Mazan. W ogóle w meczowym kadrze zabrakło Chinonso Agu, którzy narzeka na ból pleców i Szymona Stanisławskiego, który narzeka na uraz mięśniowy.

W zespole trenera Włodzimierza Gąsiora zabrakło tak jak było do przewidzenia trzech podstawowych piłkarzy, Jakuba Księżniakiewicza, Mateusza Czyżyckiego i Grzegorza Płatka. Podopieczni trenera Jerzego Cyraka, piłkarze Radomiaka od mocnych ataków zaczął spotkanie z Siarką. Już w 6 minucie po zagraniu Damiana Jakubika - Peter Mazan powinien skierować piłkę do siatki. Zabrakło jednak umięjętności graczowi gospodarzy. W 17 minucie stojący na szesnastym metrze od bramki Rossi Leandro niezbyt czysto uderzył piłkę i skończyło się tylko na strachu. Futbolówka jeszcze trafiła pod nogi Jakuba Rolinca, ale nasz piłkarz był na spalonym, a poza tym trafił piłką w poprzeczkę. Zieloni przeważali, a gola strzelił zespół z Tarnobrzega.

W 19 minucie po zagraniu piłki z rzutu wolnego na pole karne, przy biernej postawie defensorów Radomiaka a przede wszystkim bramkarza Huberta Gostomskiego, obrońca Dawid Kubowicz po strzale głową skierował piłkę do siatki.
Nim się radomianie pozbierali dostali drugą bramkę. Krzysztof Ropski, były piłkarz Radomiaka odegrał piłkę do Kamila Radulja, a ten ostatni w dziesięciu metrów pokonał Huberta Gostomskiego. Radomiak niczym bokser trafiony dwa razy nie mógł się przez parę minut podnieść. Do przerwy oba zespoły mogły jeszcze zdobyć po jednej bramce. W 39 minucie w sytuacji sam na sam z bramkarzem Karolem był Jakub Rolinc, ale golkiper gości nie dał się pokonać.
W 45 minucie po strzale Dawida Witkowskiego z około 30 metrów piłka trafiła w słupek, a całą akcję jeszcze wyjaśnił wybijając piłkę poza boisko Martin Klabnik.

W 58 minucie mogło być 1:2. Jakub Rolinc zagrał wzdłuż bramki do stojącego na 10 metrze Matthieu Bemby, ale piłka strzale naszego gracza poleciała wysoko nad bramką. Radomiak bił głową w mur, ale bardzo mądrze ustawiony taktycznie przez bardzo doświadczonego trenera Włodzimierza Gąsiora zespół Siarki nie dał się zaskoczyć, a sami tarnobrzeżanie mogli podwyższyć wynik tego meczu. W 78 minucie po strzale Mateusza Janeczko słupek uratował Radomiaka od straty gola. W 83 minucie, Dawid Kubowicz przegrał pojedynek sam na sam z bramkarzem Hubertem Gostomskim.
Z kolei po zagraniu Matthieu Bemby - Jakub Rolinc z pięciu metrów nie trafił w bramkę. Była do doskonała okazja do zdobycia bramki.

źródło:echodnia.eu

26.11.2017 21:12

Derby na remis. Elana Toruń mistrzem jesieni

W ostatnim meczu rundy jesiennej trzecioligowa Elana Toruń bezbramkowo zremisowała na własnym stadionie z Unią Solec Kujawski. Nasz zespół już wczoraj zapewnił sobie pierwsze miejsce na półmetku rozgrywek. Nasi piłkarze do meczu przystąpili w mocno osłabionym składzie. W zestawieniu zabrakło m.in. kontuzjowanych: Mariusza Kryszaka, Patryka Aleksandrowicza, Filipa Kozłowskiego, Damiana Lenkiewicza i Adriana Wróblewskiego.

Od pierwszych minut lepiej prezentowali torunianie, choć na początku rywalizacji nie potrafili skonstruować dogodnej sytuacji. Później to się zmieniło. W ósmej minucie na strzał zdecydował się Maciej Stefanowicz, a chwilę później Daniel Kraska umieścił piłkę w siatce. Niestety, sędzia trafienia nie zaliczył, bo uznał, że napastnik Elany był na spalonym. W 25. minucie powinno być 1:0 dla Elany. Aleksander Tomaszewski zdecydował się uderzenie z rzutu wolnego, a bramkarz Unii Mateusz Skibiński wybił piłkę przed siebie. Do futbolówki dopadł Daniel Ciach, ale tym razem gości uchronił jeden z defensorów. Unia też miała swoją szansę. W 35. min Damian Michalski dośrodkował piłkę w pole karne, a tam minimalnie niecelnie główkował Piotr Kaczkowski. W odpowiedzi groźnie z rzutu wolnego uderzył Tomaszewski.

Po zmianie stron gospodarze przycisnęli mocniej, jednak na kolejną akcję kibice musieli poczekać aż do 59. minuty. Świetnym podaniem popisał się Kordian Górka, a Kraska stanął oko w oko z Skibińskim. Bramkarzowi Unii udało się odbić piłkę, do której ponownie wyskoczył Kraska i pokonał golkipera gości. Niestety, sędzia tego gola też nie zaliczył, bo uznał, że napastnik Elany faulował Skibińskiego.

Elana przeważała i za wszelką cenę chciała przechylić szalę wygraną na swoją stronę. Torunianie atakowali, a przyjezdni dzielnie, a przede wszystkim skutecznie się bronili.

Pięć minut przed upływem regulaminowego czasu gry swoją szansę mieli goście, ale Mateusz Poczwardowski chybił z dystansu.

Elana Toruń – Unia Solec Kujawski 0:0


Elana: Poloczek – Będzieszak (żk, 76, Karbowiński), Ciach (żk), Mysiak, Dobosz – Górka, Lenartowski (70, Urbański) - Tomaszewski, Chmielewski (86, Felsch), Stefanowicz – Tomaszewski, Kraska
źródło:nowosci.com.pl
26.11.2017 13:58

Neymar trafi do Realu Madryt w 2019 roku?

 Jak informuje dziennik Marca, Neymar może przenieść się do Realu Madryt. Nie stanie się to jednak po zakończeniu tego sezonu, ale dopiero w czerwcu 2019 roku. Brazylijczyk miałby zostać następcą Cristiano Ronaldo.

Zdaniem wielu ekspertów, Neymar źle czuje się w PSG i "marzy o grze dla Realu", a pierwsze rozmowy na temat ewentualnego transferu odbyły się już latem, jeszcze przed przejściem do PSG. Wówczas zawodnik i jego ojciec obawiali się jednak takiego ruchu, bo wywołałby ogromne trzęsienie ziemi, a Neymar stałby się wrogiem numer jeden w Barcelonie. 

Dziennik Marca donosi jednak, że Real Madryt widzi w Neymarze następcę Cristiano Ronaldo i wszystko wskazuje na to, że era Portugalczyka zakończy się w Madrycie latem 2019 roku. Wówczas do Realu miałby zostać ściągnięty Neyrmar, który zostałby nowym liderem Królewskich. 

Neymar jest w tym sezonie w świetnej formie. W 14. meczach strzelił aż 13 goli i zaliczył 10 asyst.

źródło:sport.pl

26.11.2017 13:52

Skandaliczne zachowanie maskotki Górnika Zabrze [WIDEO]

W czasie meczu Górnika Zabrze z Jagiellonią Białystok doszło do bardzo dziwnej sytuacji. Kamery zarejestrowały, jak maskotka klubu z Zabrze prowokuje fanów Jagiellonii Białystok.

W meczu 17. kolejki Lotto Ekstraklasy Górnik Zabrze podejmował Jagiellonię Białystok na własnym terenie. Podopieczni Marcina Brosza wygrali po dobrym meczu 3:1, ale uwagę mediów przykuła maskotka Górnika - ''Żabolek".

Na filmie opublikowanym przez PolishFans TV widać, jak ''Żabolek" pokazuje obraźliwe gesty w kierunku przyjezdnych. Zaczęło się od pokazania środkowego palca, a skończyło się na... wypięciu pośladków w stronę kibiców Jagi.

W stronę maskotki poleciały kubki z napojami i inne mniejsze przedmioty. W sprawę zaangażowali się także stweardzi na stadionie.

Klub Górnik Zabrze zdecydował się nawet na wydanie oświadczenia w tej sprawie "Reakcja Klubu była natychmiastowa. Zachowanie wolontariusza, który w tym meczu wcielił się w rolę maskotki było niewłaściwe. Klub wyciągnie właściwe wnioski na przyszłość, by prezentowane zachowanie już się nie powtórzyło".
źródło:sport.pl
26.11.2017 11:45

EkstraStats dla Sport.pl. Hit kolejki, który można pokazać w Europie

Po bardzo emocjonującym meczu w Kielcach trzy punkty zostały w województwie świętokrzyskim. Oba zespoły zaprezentowały inny pomysł na grę, a każdy na swój sposób skuteczny, dlatego zobaczyliśmy aż 5 bramek i generalnie do końca spotkania rozstrzygnięcie nie mogło być pewne

Z jednej strony Legia kontynuowała swoją grę bardziej zachowawczo - reaktywną, z wykorzystaniem szybkości i gry bez piłki swoich zawodników atakujących. Znów fragmentami wyglądała taka gra co najmniej dobrze. Bez fajerwerków, ale za to z nastawieniem na szybkie przejście z obrony do ataku, wykorzystując błędy w ustawieniu rywali i wolną przestrzeń za ich plecami. Legia długo szukała w tym sezonie swojej tożsamości, i mimo porażki z Koroną widać, że bardziej reaktywne nastawienie pozwala lepiej wykorzystać atuty części zawodników, jak Niezgoda czy Kucharczyk.Legia nie jest też tak uzależniona w ataku od jednego gracza, choć na przykład Guilherme do momentu kontuzji grał dobrze i potrafił być główną postacią w ataku gości. Rozprowadzenie kontry przy pierwszej bramce i akcje, w których Brazylijczyk potrafił utrzymać się przy piłce i minąć dryblingiem rywali - takiego gracza Legia potrzebuje w środkowej strefie grając w obecnym składzie. Drugi gol dla Legii, na remis 2:2, padł również szybko po odzyskaniu piłki, kiedy Cristian Pasquato prostopadłym podaniem wykorzystał rozrzucenie i wysokie ustawienie obrony gospodarzy.Korona znów potwierdziła wysoką formę i dobrą organizację gry. Wszystkie trzy akcje bramkowe wykorzystały brak współpracy w defensywie Hlouška i Hämäläinena - najczęściej Czech był osamotniony przy atakach Korony swoją stroną. Brawa dla kielczan także za mądre i umiejętne kreowanie sytuacji, bez niepotrzebnych centr na walkę, za to z płaskimi i celnymi dośrodkowaniami od bramki. W ten sposób można wykorzystać partnerów wbiegających w pole karne w drugie tempo i zaskoczyć obronę, która potrzebuje ułamka sekundy więcej na zatrzymanie lub zmianę kierunku biegu.

Dobry mecz rozegrał Jakub Żubrowski, który prostopadłymi podaniami z głębi pola potrafił przyspieszyć akcję gospodarzy i doprowadzić do przewagi w bocznej strefie przez umiejętne obsłużenie włączającego się do akcji bocznego obrońcy. To po jego zagraniu przy trzeciej bramce Łukasz Kosakiewicz miał w zasadzie tylko do wyboru, któremu koledze asystować.

Mecz mógł się podobać przede wszystkim z powodu rzadko spotykanego w Ekstraklasie tempa gry. Obu zespołom chciało się biegać - Koronie w pressingu, a Legii w kontratakach. Gościom plan pokrzyżowały trochę zmiany wymuszone kontuzjami. O ile w przypadku Pasquato była to zmiana pozycja za pozycję, to o zmianie Kopczyńskiego za Hämäläinena już nie można tego powiedzieć. Trener Jozak próbował jeszcze w końcówce wykorzystać drugiego środkowego napastnika, wpuszczając w końcówce Armando Sadiku, ale ten nie zdążył się niczym wykazać. Po strzeleniu trzeciego gola Korona zagrała już bardzo uważnie w defensywie, rezygnując z wyższej linii obrony i zamykając własne pole karne. Legia spędziła końcowe minuty na połowie rywali, jednak bez wyraźnego efektu w postaci chociażby celnego strzału z pola karnego. Cofnięci gospodarze odebrali Legii największy atut - wykorzystanie wolnej przestrzeni na połowie rywali.

źródło:sport.pl/EkstraStats

29.10.2017 16:46

Euzebiusz Smolarek: Smuda myślał, że przed meczami ukrywałem alkohol

- Teraz reprezentacja przeżywa szczyt popularności, ale nasze czasy też były fajne, był klimat. Nie zapomnę meczów na Stadionie Śląskim w Chorzowie, tej atmosfery. Ciekawie tez było w Warszawie na Legii. Stare szatnie, dziennikarze ściśnięci na korytarzu, czasami nie było ciepłej wody albo światła zgasły, jak w meczu z Kazachstanem. Śmiesznie było. Książkę można o tym napisać - mówi Euzebiusz Smolarek.

Euzebiusz Smolarek ma 36 lat. Był piłkarzem m.in. Feyenoordu Rotterdam,Borussii Dortmund, Racingu Santander, Boltonu Wanderers, Polonii Warszawa i Jagiellonii Białystok. W reprezentacji Polski rozegrał 47 meczów, w których strzelił 19 goli. Wystąpił na mundialu w Niemczech i mistrzostwach Europy w Austrii i Szwajcarii.

Damian Bąbol: Nic się nie zmieniłeś.

Euzebiusz Smolarek: Cztery lata temu przestałem grać, ale wciąż jestem aktywny. Dbam o zdrowie. Czasami zakładam dres i wychodzę pobiegać, choć jako piłkarz nie cierpiałem tego. Wiadomo, z piłką to co innego. Staram się prawidłowo odżywiać, ale nie mam bzika na tym punkcie. Problem pojawia się, jak przyjeżdżam do Polski. Zawsze wtedy waga idzie w górę. Nic nie poradzę, że uwielbiam naszą kuchnię. No i te ciasteczka u mamy...

Często przyjeżdżasz do Polski?

- Staram się być raz na dwa miesiące. Mam tu kilka spraw do załatwienia. Lubię też podjechać do ośrodka piłkarskiego w Uniejowie i zobaczyć jak trenują młodsi. Zawsze z mamą idziemy też na cmentarz w Aleksandrowie Łódzkim i zapalamy świeczkę u taty.

Czujesz się w Polsce jak u siebie w domu? 

- Urodziłem się w Łodzi, ale wychowałem w Holandii. Moja żona jest Holenderką, dzieci mówią po holendersku. Do Polski chętnie przyjeżdżam, ale nie zawsze czuję się komfortowo. Może wynika to z tego, że nie mówię perfekcyjnie w naszym języku? Myślę po holendersku, mówię po polsku. Zdarza się, że niektórych słów zapominam, ale po krótkim pobycie w kraju mówię znacznie lepiej i nie popełniam tylu błędów. A kiedy nawet powiem coś źle, to już nie przejmuje się tym tak bardzo jak kiedyś.

Miałeś kompleksy z tego powodu?

- Na pewno odbierało mi to sporo pewności siebie. Miałem kilkanaście lat, kiedy zdecydowałem się grać w reprezentacji Polski. Wcześniej dostałem propozycję występów dla Holandii. Zagrałem nawet w meczu kontrolnym w pomarańczowej koszulce. To był trochę dziwny okres, bo nie czułem się ani stuprocentowym Polakiem ani Holendrem. Wybrałem Polskę ze względu na tatę. Pierwsze zgrupowania nie były łatwe. Z trenerami jakoś się dogadywałem, wiedziałem czego ode mnie chcą, ale
kiedy siadaliśmy na stołówce z chłopakami, to nie rozumiałem, co mówią. Miałem wrażenie, jakby porozumiewali się w innym języku. Oczywiście później było coraz lepiej

Żałowałeś kiedykolwiek, że wybrałeś grę dla biało-czerwonych?

- Absolutnie. Zresztą nigdy się nie dowiem, co by było, gdybym postawił na Holandię. Decydując się na Polskę wiedziałem, że będzie mi trudniej walczyć o medale mistrzostw świata i na pewno nie sądziłem, że osiągnę tak dużo. W naszej reprezentacji przeżyłem wiele pięknych chwil, których na pewno nie zapomnę.

Szybko stałeś się gwiazdą.

- Ja tak do tego nie podchodziłem. Nigdy nie byłem przywódcą w szatni. Na odprawach czy w przerwach nie krzyczałem: "Dawajcie, jedziemy teraz!". Inni byli od tego, starsi, bardziej doświadczeni jak Mariusz Lewandowski, Jacek Krzynówek, Michał Żewłakow czy "Bączek" [Jacek Bąk]. Ja mniej mówiłem, a starałem się więcej pokazywać na boisku. W reprezentacji od początku miałem tzw. ochronę. Kiedy ktoś np. naśmiewał z moich przejęzyczeń, zaraz był ustawiany do pionu przez Jurka Dudka czy Tomka Rząsę. Kiedy oni zaczynali grać w Holandii, to mój tata często im pomagał. To były drobne rzeczy, ale dla nich wiele znaczyły, pamiętali i mi też pomagali. Świetnie też dogadywałem się z Jackiem Krzynówkiem i Mariuszem Lewandowskim.

Minęło 10 lat od meczu, po którym przeżywałeś szczyt popularności. Wygraliśmy z Belgią 2:0, strzeliłeś dwa gole i po raz pierwszy w historii wprowadziłeś Polskę na mistrzostwa Europy.

-  To był mój najlepszy okres w reprezentacji. Zupełnie inna rzeczywistość od tej w klubie. Grałem w Racingu Santander i średnio mi to wychodziło. W kadrze miałem większy szacunek, chłopaki mi ufali, dostawałem od nich dobre piłki. Poza tym, po meczu z Belgią nawet nie miałem czasu zrozumieć, jak wielki sukces osiągnęliśmy. Nie było czasu na świętowanie. Zjedliśmy kolację, wypiliśmy piwko i na drugi dzień rano miałem samolot do Hiszpanii. Później dotarło do mnie, że dokonałem czegoś wielkiego.

Rok wcześniej było zwycięstwo z Portugalią i pana dwa gole.

- Szalony mecz. Wtedy chyba na nowo narodziła się nasza drużyna. Byliśmy krótko po nieudanych mistrzostwach świata. Drużynę przejął Leo Beenhakker, z którym znałem się z Feyenoordu Rotterdam. Miał na nas bardzo dobry wpływ. Gdy wchodził do szatni, to każdy wiedział, że to jest prawdziwy gość. Szybko uwierzyliśmy w siebie i nabraliśmy pewności. Trafił do naszych głów, był dobrym motywatorem, chociaż niektóre jego triki przed ważnymi meczami na mnie nie działały. Znałem je doskonale z Feyenoordu.

Jakie triki?

- Pamiętam odprawę przed meczem z Portugalią. Leo wchodzi do szatni. Całkowita cisza, każdy skupiony i czeka na pierwsze słowa trenera. Beenhakker w swoim stylu zasłania dłonią twarz, wbija wzrok w podłogę i tylko słychać jego mruczenie, zakończone głębokim westchnięciem. Ja się po cichu z tego śmiałem, bo to jego stary numer, ale widziałem, że u pozostałych wzbudził zainteresowanie. Byli w niego wpatrzeni. Po chwili zaczął przemawiać. Na początku zapytał: "Kto to jest Ronaldo? Jakiś cyborg z innej planety? Nie. Normalny chłopak. Ok, jest niezły, ale wy też jesteście świetni. Jak będziemy trzymać się razem i walczyć do końca, to dziś nic nam nie zrobi. I nie tylko z nim, ale z całą Portugalią sobie poradzimy." Muszę powiedzieć, że mimo iż znałem jego motywacyjne metody, to mnie też tym porwał. Zagraliśmy fantastycznie. Każdy dał z siebie maksa. Byliśmy dobrze ustawieni, taktycznie wszystko funkcjonowało perfekcyjnie.

Pamiętasz, co czułeś po strzelonym drugim golu?

- Dostałem podanie blisko bramki, nie byłem pilnowany. Spojrzałem na liniowego, byłem przekonany, że jest spalony. Jak zobaczyłem, że nie trzyma chorągiewki w górze, to zamknąłem oczy i uderzyłem ile sił w nodze. Stadion oszalał. Później grałem jak natchniony. Czułem, że wszystko mi wychodzi. Byłem wściekły, kiedy w drugiej połowie nie strzeliłem trzeciej bramki. Dziwne, prawda? Wygraliśmy z wielką Portugalią, a ja żałowałem, że nie strzeliłem hat-tricka.

Już wtedy w Polsce zapanowała "smolarkomania".

- Czy ja wiem? Sam nigdy nie czułem się gwiazdą, chociaż zdarzały się różne sytuacje. W Polsce śledzili mnie paparazzi. Nawet jak grałem w Polonii Warszawa, to niektórzy z nich czaili się w krzakach i fotografowali podczas spaceru z rodziną. Nigdy tego nie rozumiałem. Po co te cyrki? Przecież mógł normalnie podejść i zapytać, czy może zrobić zdjęcie. Pewnie bym nie odmówił, ale oni zawsze woleli z ukrycia. Myśleli, że ich nie widać i czasami nawet było śmiesznie. Raz z jednym paparazzi postanowiłem się zabawić. Po treningu śledził mnie od stadionu w drodze do domu. Na zakupach w markecie robił mi zdjęcia, udawałem, że go nie widzę. Przy wjeżdżaniu do garażu nagle skręciłem i pojechałem dalej. Byłem sam, żona w Holandii, nie miałem nic do roboty, to zaprosiłem natręta na wycieczkę po Warszawie. Przez godzinę jeździłem, gdzie miałem ochotę, słuchałem sobie muzyki, a on ciągle za mną. W końcu wróciłem do domu, zaparkowałem w garażu, wszedłem do mieszkania. Otworzyłem balkon, a on dalej się czaił. W końcu krzyknąłem: "Chłopie, jestem już w domu. Koniec pracy na dzisiaj!"

Nie tylko za paparazzi, ale za dziennikarzami też raczej nie przepadałeś.

- Niektórzy pisali, że jestem arogancki i nie lubię mediów. To nie było tak. Kiedy przyjeżdżałem na zgrupowania, to miałem tylko jeden cel. Wygrywać mecze, a nie ciągle udzielać wywiadów. Nie miałem na to czasu. Niektórzy dziennikarze tego nie rozumieli, ciągle czegoś ode mnie chcieli. Kiedy odmawiałem, już nie byłem ich ulubieńcem. Zresztą ja starałem się ich traktować równo, zawsze zatrzymywałem się w mixed-zonach i rozmawiałem. Nikogo nie wyróżniałem, a niektórzy dziennikarze uważali, że należy im poświęcać więcej czasu. No to się nie rozumieliśmy.

Mistrzostwa Europy w Austrii zakończyły się naszą porażką. Wiesz już dlaczego?

- Do tej pory  nie potrafię wytłumaczyć. Wydaję mi się, że byłem dobrze przygotowany, nie wiem jak inni. Może za długo przebywaliśmy ze sobą przed turniejem? Jakaś nuda, stres, zmęczenie nas dopadło? Nie byliśmy monolitem na boisku i poza nim. Coś się zmieniło przez te kilka miesięcy po wygranych eliminacjach. Trener Beenhakker też pewnie ponosi winę. Nie stawiał na tych, co występowali wcześniej. Zaczęło się poszukiwanie różnych piłkarzy z innych krajów...

Mówisz o Rogerze?

- To był dziwny eksperyment. Jaki był powód? Może jakiś menedżer miał w tym swój udział? Jakiś układ zadecydował? Możliwe. Nie mam dowodów, ale teraz nikt mi nie zabroni tak myśleć.

 Kolejny wielki turniej i wielka klapa.

- Wcześniej była chyba większa trauma. Po mundialu w Niemczech była prawdziwa rozpacz w narodzie. Zawaliliśmy na całej linii. Szkoda pechowej porażki z Niemcami. Gdyby w ostatniej minucie Odonkor nie urwał się prawym skrzydłem i nie dośrodkował, to może byłoby inaczej. A tak, w jednej chwili marzenia prysły. Szkoda, bo ceniłem Pawła Janasa, uważałem go za dobrego trenera. Dobrze wspominam z nim współpracę w kadrze.

Pierwsza porażka z Ekwadorem chyba przesądziła o wszystkim.

- Podcięła skrzydła. Chyba zlekceważyliśmy ten zespół. Myśleliśmy: "Ekwador? Bez przesady, damy radę". Pół roku wcześniej wygraliśmy z nim gładko 3:0, a ja strzeliłem gola. Myśleliśmy, że tym razem też pójdzie łatwo. I to nas zgubiło. Byli od nas bardziej wybiegani, szybsi, a my nie czuliśmy meczu. Szczerze? Nic nie pamiętam z tamtego spotkania. Nawet nie wiem, czy zagrałem choć jedną dobrą piłkę. Przeżyłem wtedy ciężki nokaut, również psychiczny.

Po Beenhakkerze nastała era Franciszka Smudy. Od początku chyba nie mogliście znaleźć wspólnego języka.

- Nie rozumiałem tego trenera, on mnie też nie rozumiał. Nie wiem dlaczego na mnie nie stawiał. Chyba mnie nie lubił.

Czułeś się odrzucony przez Smudę?

- Tak. Poza tym jego treningi były dziwne. W przeciwieństwie do Beenhakkera, Smuda nie miał światowego doświadczenia. Wielu chłopaków z zagranicznych lig też miało z tym problem. Prezentował staroświecką szkołę. Przykład? Zarządził grę w „dziadka”, ale nie takiego normalnego na małej przestrzeni. Ustawił trzech w środku, a reszta... była rozproszona po całym boisku. Pierwszy raz coś takiego widziałem. Stałem w narożniku, odgrywałem do najbliższego i tylko przyglądałem się, jak inni zapieprzają. Po czterech minutach byli zajechani. Jaki był w tym cel?

Do tego traktował nas jak dzieci, ciągle podejrzewał, że pijemy w pokojach. Pewnego wieczoru w hotelu odebrałem paczkę butów od Pumy, z którą miałem umowę. Przed każdym meczem dostawałem od sponsora nową parę. Wracałem do pokoju i zatrzymał mnie trener mówiąc: "Co tam masz w środku?". Odpowiedziałem, że buty. "Taaa, buty. Ale cię złapałem, no pokaż." On naprawdę myślał, że dzień przed meczem ukrywam przed nim alkohol. Może nie byłem taką gwiazdą, ale czy wyobrażasz sobie, żeby jakiś selekcjoner zachował się tak wobec Messiego czy Ronaldo?

Liczył pan na grę na Euro 2012?

- Długo to było moim celem. Kiedy mnie powoływał, starałem się odwdzięczyć dobrymi występami i golami. Pojechałem z kadrą na tournee po Ameryce. W meczu z Ekwadorem strzeliłem gola, ale to trenera chyba nie przekonało. To już była moja końcówka w kadrze. Później dałem Smudzie sygnał, że wciąż chcę walczyć o powołanie i po półrocznej grze w Katarze wróciłem do Holandii, do Den Haag. Był 2012 rok, ale Smuda już nie dzwonił.

To był dla pana trudny rok. W marcu zmarł pana tata.

- To taki moment w życiu, w którym uświadomiłem sobie, że wszystko w każdej chwili może nas spotkać. Pamiętam ten dzień. Miałem trening w Den Haag. Nagle podszedł trener i powiedział: "Ebi, chodź ze mną na chwilę." Początkowo myślałem, że chce ze mną pogadać o grze, coś podpowiedzieć. Przekazał mi, co się stało, choć zastrzegł, że nie jest pewny na sto procent. Pozwolił zakończyć trening. Poszedłem do szatni i zobaczyłem nieodebrane połączenia od brata. Nigdy tak wcześnie do mnie nie dzwonił. Przeczuwałem najgorsze. Po chwili o wszystkim wiedziałem. Pojechałem na lotnisko i poleciałem do rodziny i brata. Nie było łatwo. Pogrzeb był wielkim hołdem dla taty. Żegnały go tłumy. Zamknięte ulice w Aleksandrowie, wszystko stało, nawet ptaki nie fruwały. Tata zrobił o wiele więcej dla Polski ode mnie. Ja odegrałem fajny epizod w reprezentacji, dałem trochę radości kibicom, ale on swoją grą wybudował pomnik.

To niesamowite, ile zrobił także dla Widzewa, Aleksandrowa Łódzkiego, w ogóle całej naszej piłki. Czułem wielką dumę. Po jego śmierci tak naprawdę uświadomiłem sobie, jak wielkich rzeczy dokonał, grając w piłkę. Do tej pory ludzie o nim pamiętają. Na stadionie Sokoła Aleksandrów na budynku klubowym jest piękny mural z jego podobizną. Ośrodek piłkarski w Uniejowie został nazwany jego imieniem, niedawno pod stadionem Widzewa otwierałem ulicę Włodzimierza Smolarka. To coś niezwykłego.

Szybko się pan pozbierał?

- Musiałem. Nie było mi łatwo, ale trzeba było to udźwignąć, żyć dalej i być dla rodziny. Nie poddałem się. Po dwóch tygodniach grałem mecz ligowy i strzeliłem gola AZ Alkmaar.

Na koniec kariery wrócił pan do Jagiellonii.

- Chciałem jeszcze spróbować w Polsce. Czasy są takie, że trzeba podejmować szybkie decyzje. Zimę przepracowałem bardzo mocno. Trenerem był Tomasz Hajto. Mówił, że będę grać. Początek rundy wiosennej i usiadłem na ławce, więc po co mi to mówił? Dokończyłem sezon, ale nie miałem ciekawej oferty. Przestało mnie to bawić, zaczynało brakować motywacji. Powiedziałem, że nie będę się stresować i postanowiłem, że kończę.

Może gdyby żył tata, namówiłby cię do kontynuowania kariery.

- Na pewno nie. Od momentu, kiedy wyjechałem do Dortmundu, nie miał wpływu na moją karierę. Sam o wszystkim decydowałem. Co najwyżej rozmawialiśmy o mojej grze i tyle, ale i tak tego nie lubiłem.

Dlaczego?

- Bo jak grałem w juniorach, to zawsze mi mówił , co robiłem źle. Prawie nigdy nie chwalił. Ale później byłem mu za to wdzięczny. Jak strzeliłem trzy bramki w juniorach, to potrafił przyczepić się, że nie zdobyłem czwartej. Mówiłem: "Ale o co chodzi, przecież strzeliłem hat-tricka?". A on: "Oj Ebi, zrozumiesz to jak będziesz starszy." I rzeczywiście zrozumiałem. Nie można się zadowalać tym, co robimy dobrze, tylko cały czas wyznaczać nowe cele i do nich dążyć. Na podsumowywanie i cieszenie się z sukcesów przyjdzie czas na emeryturze. Myślę, że Messi i Ronaldo podobnie podchodzą do życia. Cały czas chcą więcej. Ta pozytywna zachłanność musi być cały czas obecna. Inaczej zaczynamy się cofać.

W domu rozmawialiście o piłce?

- Nie. Wszyscy myślą, że w piłkarskim domu rozmawia się tylko o futbolu, ale u nas tak nie było. W domu tata był tatą, a nie gwiazdą ze stadionu. Potrafił to rozdzielić. Pamiętam, jak grał w Utrechcie. Po przegranym meczu przyszedł do domu, była ładna pogoda i powiedział do nas: "Chodźcie, idziemy pograć w siatkonogę". Nie strzelał fochów, nie trzaskał drzwiami. Owszem, niektóre porażki przeżywał, denerwował się jak miał kontuzje, ale na życiu rodzinnym to się nie odbijało.

Chciałby pan pójść w jego ślady i zostać trenerem grup młodzieżowych?

- Niewykluczone. Muszę tylko zrobić kurs w przyszłym roku w Holandii. Na razie trochę łączę funkcję skauta i menedżera. Pomagam dwóm agentom w Polsce, którzy stawiają na młodzież. Mają fajne pomysły. Razem z nimi obserwuję, oceniam i czasami wspieram młode talenty. Tak jak 14-letniemu chłopakowi z Uniejowa, który ma niezbyt ciekawą sytuację w domu. Kupujemy mu buty, czasem jedzenie, żeby kiedyś miał szansę na lepsze życie. Chciałbym lepszych chłopaków polecić do akademii Feyenoordu, ale na razie za wcześnie, żeby mówić o tym coś więcej.

A nie czuje się pan trochę zapomniany?

- Nie. Mam dobre życie. Nie muszę błyszczeć w telewizji, nie ciągnie mnie do tego. Zrobiłem swoje. Staram się realizować nowe cele. Mecze reprezentacji oglądam w telewizji. Na Narodowy nie jeżdżę. Nie dostaję zaproszeń,  ale spokojnie, nie obrażam się o to.

Radosław Matusiak powiedział mi, że w trochę złych czasach przyszło mu grać w reprezentacji. Teraz na mecze Polski z Kazachstanem przychodzi ponad 50 tys. kibiców, a wy musieliście grać na starym stadionie Legii.

- Ale nasze czasy też były fajne, był klimat. Potrafiliśmy awansować na dwa duże turnieje. Nie mieliśmy takiej popularności, jak obecni reprezentanci, ale też było super. Nie zapomnę meczów na Stadionie Śląskim w Chorzowie, tej atmosfery. Ciekawie też było w Warszawie na Legii. Te stare szatnie, dziennikarze ściśnięci na korytarzu, czasami nie było ciepłej wody albo światła gasły, jak w meczu z Kazachstanem. Śmiesznie było. Książkę można o tym napisać.

Kiedy pan był jeszcze gwiazdą reprezentacji, debiutował w niej Robert Lewandowski.

- Pamiętam jego początki. Był skromny, pracowity, ale jeszcze nie widziałem u niego tego, co teraz pokazuje. Nie sądziłem, że wyrośnie taki gigant. Wiedziałem, że ma talent, ale do osiągnięcia szczytu trzeba mieć też trochę szczęścia. I Robert to świetnie wykorzystał.

Lewandowski poprowadzi naszą reprezentację do wielkiego sukcesu na mundialu?

- Słyszałem, że już w Polsce mówi się o medalu... W sumie dlaczego mamy o tym nie marzyć? Reprezentacja jest mocna, ale czy stać ją na awans do półfinału? Mam propozycję, poczekajmy na losowanie, zobaczymy, do jakiej grupy trafimy, a później martwmy się, żeby z niej wyjść. Już kilka razy zdarzyło nam się zlekceważyć rywali i skończyło się to dla nas bardzo źle.

Robert to najlepszy napastnik na świecie?

- Nie. Bardzo go cenię i podziwiam. Należy do ścisłej czołówki, ale nie powiedziałbym, że jest numerem jeden.

To kto jest lepszy?

- Wielu jest genialnych napastników. Są lepsi lub prezentują podobny poziom, czyli Cavani, Suarez czy najmłodszy z nich - Kane z Tottenhamu. Wskazanie tylko jednego jedynego to naprawdę ciężkie zadanie. Podobnie jak z wyborem najlepszego piłkarza FIFA.

Ronaldo czy Messi?

- A tu nie mam wątpliwości. Dla mnie Messi jest wyjątkowy.

Jest coś, czego żałujesz w swojej karierze?

- Może za szybko odszedłem z Dortmundu? Tak, zbyt pochopnie postawiłem na drużynę, która nie prezentowała zbliżonego poziomu do Borussii. Emocje i marzenia o grze w Primera Division, rywalizowanie z Barceloną i Realem Madryt, wzięły górę. A moje miejsce było w Bundeslidze, a potem w Premier League. Tam też mogłem osiągnąć znacznie więcej. Musiałem odejść z Racingu. Nie było wyjścia. Hiszpanie nie płacili. Na pensje trzeba było czekać nawet cztery miesiące. Byłem wściekły. W Holandii lub Niemczech to nie do pomyślenia. Gdybym wiedział, że będą takie problemy, to na pewno nie podpisywałbym kontraktu z Racingiem. Za darmo przeniosłem się do Boltonu, w którym czułem się dobrze, ale nie miałem szans na grę. Sprowadzono wtedy Szweda Johana Elmandera za ponad 10 mln funtów, najdroższy transfer w historii klubu. Nie strzelał goli, ale musiał zaczynać w pierwszym składzie, a ja wchodziłem z ławki. Podsumowując, było trochę zakrętów, ale przeżyłem tyle pięknych chwil, że nie mogę narzekać. Na pewno nie zamieniłbym tego życia na żadne inne.

źródło:sport.pl

23.10.2017 20:06
Kobiety: Polska 3-0 Grecja

Reprezentacja Polski kobiet wygrała 3-0 (1-0) z Grecją w towarzyskim spotkaniu rozegranym w Ostródzie.

23 października 2017, 18:00 - Ostróda (Stadion Miejski)
Polska 3-0 Grecja
Paulina Dudek 30, Ewelina Kamczyk 58, Nikol Kaletka 74

Polska: 1. Katarzyna Kiedrzynek - 19. Sandra Sałata (46, 6. Natalia Chudzik), 14. Jolanta Siwińska, 7. Agata Guściora - 11. Ewelina Kamczyk, 17. Katarzyna Daleszczyk (65, 23. Nikol Kaletka), 13. Patrycja Balcerzak (80, 18. Dagmara Grad), 8. Emilia Zdunek (46, 16. Dominika Grabowska), 3. Paulina Dudek - 9. Ewa Pajor (83, 10. Roksana Ratajczyk), 15. Agnieszka Winczo (65, 20. Julia Matuschewski).

Grecja: 12. Anthí Papakonstantínou - 6. Vassilía Kydonáki (66, 19. María Palamá), 10. Natalía Chatzigiannídou, 8. Dané-Eléni Sidirá, 3. Kyriakí Kynossídou (80, 13. Kyriakí Kynossídou) - 11. Dímitra Panteliádou (66, 5. Anastassía Gátsou), 4. Eléni Kakaboúki, 18. Eléni Márkou, 17. Athanassía Moraïtou (46, 14. Anastassía Papadopoúlou), 9. Sofía Kóngouli (46, 15. Ifigénia Georgantzí) - 16. Anastassía Spyridonídou.

żółta kartka: Kydonáki.

sędziowała: Katarzyna Lisiecka-Sęk (Polska).
widzów: 2214.
źródło:90minut.pl
23.10.2017 20:02

Wisła Płock - Śląsk Wrocław 4-1 w 13. kolejce Ekstraklasy

Wisła Płock wygrała ze Śląskiem Wrocław 4-1 w 13. kolejce Lotto Ekstraklasy, a mecz "ustawiła" czerwona kartka Igorsa Tarasovsa już w 13. minucie. Kibice oglądali ciekawe spotkanie, w którym padło pięć goli, a bramkarze obronili po rzucie karnym.

Igors Tarasovs nie jest ostatnio w dobrej formie. W poprzednim meczu Śląska z krakowską Wisłą niemiłosiernie "kręcił" nim Carlitos, a teraz wyleciał z boiska już w 12. minucie faulując w czystej sytuacji Nico Varelę w swoim polu karnym. To była kluczowa akcja spotkania. Łotysz sam wymierzył sprawiedliwość pewnie wykorzystując "jedenastkę".

Wisła zaliczyła więc świetny początek, ale to jeszcze nie oznaczało, że Śląsk jest skazany na klęskę. Zdecydował się jednak na zabójczą dla siebie taktykę. Momentalnie rzucił się do odrabiania straty, ale był bezsilny w ofensywie, a na dodatek łatwo pozwalał się kontrować. To była woda na młyn rywali.

W 23. minucie Varela prostopadłym podaniem uruchomił Konrada Michalaka, a ten dośrodkował wprost do wbiegającego w pole bramkowe Kamila Bilińskiego i było 2-0.

Snajper Wisły nie okazał radości z gola z szacunku dla Śląska, w którym zdobywał piłkarskie szlify.

Wrocławianie byli zagubieni. W 30. minucie piłkę stracił Dorde Czotra i "setkę" miał Damian Szymański, ale spudłował. Po kolejnej stracie goście nie mieli już tyle szczęścia. Stefańczyk zaliczył przechwyt, Dominik Furman wyłożył piłkę Giorgiemu Merebashvilemu, a ten wykorzystał sytuację sam na sam.

Wisła oddała 12 strzałów w pierwszej połowie, a Śląsk tylko jeden! Jakub Kosecki trafił w bramkę, ale nie był to strzał, który mógłby zaskoczyć Seweryna Kiełpina. Najlepszą okazję na gola dla gości w pierwszej części miał Robert Pich, ale gdy wydawało się, że nic go nie powstrzyma, niesamowitym sprintem popisał się Michalak i wybił mu piłkę.

Tuż po przerwie mogło być 4-0, bo stuprocentową okazję miał Szymański, ale spudłował.

W 58. minucie fatalnie zachował się wprowadzony chwilę wcześniej Jakub Łukowski. Piłkarz Wisły popchnął Koseckiego, gdy ten... wybiegał już z pola karnego. Strzał Arkadiusza Piecha z karnego obronił jednak Kiełpin!

Sześć minut późnej Kosecki wykorzystał prostopadłe podanie Picha i w sytuacji sam na sam pokonał Kiełpina.

Wisła powinna szybko odpowiedzieć, bo po znakomitym podaniu Semira Stilicia Arkadiusz Reca miał przed sobą już tylko bramkarza, ale... nie trafił w piłkę.

W 73. minucie Stilić padł w polu karnym rywali kopnięty przez Kamila Vacka. Sędzia nie zareagował, ale po chwili sprawdził sytuację na wideo i podyktował "jedenastkę". Wrąbel obronił strzał Bilińskiego, ale napastnik Wisły dobił piłkę do bramki.

źródło: Interia

4.10.2017 21:12

Medyk Konin - Olympique Lyon 0-5 w 1/16 finału Ligi Mistrzyń

Nie było niespodzianki w pierwszym meczu 1/16 Ligi Mistrzyń. Piłkarki Medyka Konin przegrały u siebie z najlepszą kobiecą ekipą Europy - Olympique Lyon 0-5. Koszmarnie wyglądającej kontuzji doznała zawodniczka Medyka - Lynch Casidee.

Rewanż odbędzie się w przyszłą środę (11 października) w Lyonie.

Bohaterką spotkania była Norweżka Ada Hegerberg, która ustrzeliła hat-tricka. Pozostałe bramki zdobyły Wendie Renard i Eugenie Le Sommer.

Mistrzynie Polski nie miały atutów, aby przeciwstawić się potędze. Faworytki szybko objęły prowadzenie i kontrolowały grę. Polki koncentrowały się na obronie, a w ofensywie niewiele mogły wskórać długimi podaniami kierowanymi do Anny Gawrońskiej.

W 58. minucie Lynch Casidee zderzyła się z koleżanką z drużyny Emily Dolan we własnym polu karnym i doznała poważnej kontuzji nogi. Niepotwierdzone jeszcze informacje wskazują, że mogło dojść do złamania nogi z przemieszczeniem. Amerykanka opuściła boisko w karetce.

Olympique wygrał Ligę Mistrzyń w ubiegłym sezonie. W sumie wygrywał rozgrywki czterokrotnie, a w tym sezonie walczy o trzecie zwycięstwo z rzędu.


Pierwszy mecz 1/16 finału Ligi Mistrzyń:

Medyk Konin - Olympique Lyon 0-5 (0-3)

Bramki: 0-1 Ada Hegerberg (11.), 0-2 Ada Hegerberg (29.), 0-3 Wendie Renard (32.), 0-4 Ada Hegerberg (67.), 0-5 Eugenie Le Sommer (83.).

Medyk: Emily Dolan - Sandra Sałata, Radosława Sławczewa, Maria Ficzay - Lynch Casidee (66. Krystyna Sikora), Nikol Kaletka, Patrcyja Balcerzak, Patrycja Dudek, Natalia Chudzik - Anna Gawrońska (74. Anastazja Szuppo), Liliana Kostowa.

Olympique: Sara Bouhaddi - Lucia Bronze (74. Corine Petit), Kadeisha Buchanan, Wendie Renard (50. Griedgie M'Bock Bathy), Amel Majri - Shanice van den Sanden, Saki Kumagai, Dzsenifer Marozasan (75. Delphine Cascarino), Eugenie Le Sommer - Camile Abily, Ada Hegerberg.

źródło: Interia

Kreator www - przetestuj za darmo